•  Strona główna

Kartka z pamiętnika

To był deszczowy, chłodny wieczór. Topiłem się w myślach. Wspomnienia, szczególnie te bolesne, cisnęły mi się do głowy, męcząc i tak wyczerpane serce. Nie było mi smutno z powodu deszczu, chłodu, a nawet ciemności. Te czynniki przeważnie wprawiają mnie w naprawdę świetny humor. Nawet próbowałem pocieszyć się ulubionym cytatem z pewnej piosenki: „I’m only happy when it rains...”. Ale na próżno. Zamknąłem oczy.

Pustkowie. Ognista bryza szumiała w szczelinach popękanej, suchej jak wiór ziemi. A może piachu? Nie zwróciłem jednak uwagi, bo moje oczy od razu skierowały się w kierunku, z którego dosłyszałem twardy, męski głos. –Nie było cię tu dawno. Nieomal zapomniałem jak wyglądasz. No, pokaż się. Wyrosłeś... –Stał tam cały czas zmieniający kształt... Duch. Jednak nie przestraszyłem się. Nie to, że w ogóle nie boję się duchów (wierzę, ale nie boję się!), ale wydawał się jakiś dziwnie znajomy. Zanim zaczął mówić dalej, powiedziałem. –Gdzie jestem? I kim jesteś? Bo chyba cię kiedyś widziałem... –Odpowiedział od razu. –Jesteś w Otchłani. A ja jestem... Tobą. –Szeroko otworzyłem oczy, do dziś pamiętam to ukłucie w sercu. –To sen... Nie ma przecież piekła. –Zmaterializował się jako młody mężczyzna. –Nie, nie jesteś w piekle. Piekła nie ma. Otchłań to ty. Twoje myśli, te dawno zagubione, zapomniane. Widzisz te pęknięcia w ziemi? Każda szczelina to wspomnienie. Wystarczy, że wsuniesz w nie rękę... –Tu urwał, po czym wskazał na ciemną nieszczelność w przesuszonej glebie. Powoli, lecz zdecydowanie włożyłem tam dłoń. Błysk. Tak jasny, że zamknąłem oczy. Kiedy je otworzyłem, ujrzałem dawno zapomnianą chwilę. Chłopczyk miał może z pięć lat. Wycinał coś z papieru, po czym doklejał do tekturowego rulonu. To chyba była rakieta. Błysk. Znów ta sucha powierzchnia pod stopami. Ducha już nie było. Nie przejęty tym, spróbowałem z inną szczeliną. Znów błysk. Starczy mężczyzna zakłada temu samemu chłopcu co wcześniej wrotki. Dzieciak od razu zaczyna jeździć. Śmieje się. Błysk. Znów pustynna równina. Znów miałem obejrzeć scenę z życia malucha, kiedy zobaczyłem lustro. Srebrna rama grawerowana była wzorem w liście. Z jego szczytu patrzyła na mnie groteskowo wykrzywiona głowa metalowego gargulca. Na szczęście był tylko częścią zwierciadła. Sama jego powierzchnia była czarna. Jak smoła. Dotknąłem jej. Okazało się, że była płynna, od miejsca dotkniętego moim palcem rozeszły się stale powiększające się kręgi, niknące w końcu na brzegach przedmiotu. Nagle z lustro samo zafalowało. Cofnąłem się o krok. Z ciemnej powierzchni wynurzyła się biała dłoń, chwyciła mnie za rękę. Zadrżałem. Po chwili wynurzyła się równie blada twarz. Twarz kobiety. Najpiękniejszej, jaką widziałem. Zaniemówiłem. Powoli otworzyła oczy. Jej usta drgnęły, po czym wydobył się z nich delikatny jak płatek kwiatu głos. –Wejdź w siebie, poznaj Równinę Snów. Zobaczysz więcej, niż kiedykolwiek. –Jakoś nie mogłem odmówić, ale został jeden problem. –No, ale jak mam to zrobić? –Uśmiechnęła się. –Pokażę ci. –Po czym pociągnęła mnie w czeluść Zwierciadła Duszy. Podróż była krótka, i dziwnie hipnotyczna. Wyszedłem po drugiej stronie. Stałem po kostki w krystalicznej wodzie, małej sadzawce. Było tam bardzo, jak na mój gust, ciekawie. Ciemnobłękitna trawa, dwa śnieżnobiałe księżyce toczyły się powoli po niebie barwy jasnej krwi. Tuż za sobą zobaczyłem wieżę. Baszta potężnej, kamiennej twierdzy porośnięta była bluszczem. Kilka metrów ode mnie ujrzałem niesamowitą scenę. Na lazurowej murawie leżał mężczyzna w białych szatach. Obok niego klęczała kobieta. Kobieta anioł. Kaskada jej ciemnych włosów zasłaniała jej twarz i tłumiła nieznacznie jej płacz. Podszedłem bliżej. Mężczyzna miał spalone skrzydła. Widać było w kilku miejscach ich dawną świetność. Były białe, potężne, napawające chwałą. Teraz były tylko spopielonymi szczątkami. Ciągle nie widziałem jego twarzy. Kobieta odsłoniła jego twarz. Przez łzy powiedziała. –Wracaj już do siebie. Widziałeś już wszystko. –Powoli udałem się w kierunku trzeciego księżyca, zielonkawego, najmniejszego. Na horyzoncie nie było nic. Nie ważne. Przypomniałem sobie oblicze anioła.

To była moja twarz.


© Matariel

» powrót do Opowiadań


TheCrow.pl ver 7.0        © 2001-2009        by Mike Draven

The Crow is a copyrighted trademark of James O'Barr, Kitchen Sink Press Comics,
Miramax Films, Edward R. Pressman Film Corporation and Jeff Most Productions