•  Strona główna

(adaptacja komiksu Jamesa O'Barra)

prolog

INERCJA

Jones Transfer przedzierał się przez zaułek, pod pachą kurczowo trzymał magnetowid. Światła sodowych lamp odbijały się na jego gładkiej czaszce.
- O stary, mam Toshibę! Eddie płaci stówę za Toshibę... Dziś wieczór się zabawię. – rozmyślał, rozglądając się bacznie wokół.
- Chce mi się rzygać, ci ludzie... nie mogą wykarmić własnych dzieciaków, ale mają Toshibę... Teraz Jones Transfer ma Toshibę... – stwierdził dumnie.
- Tajest, będzie niezła zabawa!
Usłyszał jakiś zgrzyt i z pobliskiej uliczki wyjechał mały, trójkołowy rowerek. Kółka obracały się, ale nikt nim nie kierował.
- Co u diabła ? – zapytał sam siebie Jones.
Nagle, tuż przed nim wyrosła jakaś postać. Wyglądała jak zjawa. Ubrana w całości na czarno, tylko twarz była całkiem biała, jakby pomalowana. Całości dopełniał dziwny makijaż, dwie pionowe kreski pod oczami i domalowany uśmiech. Wyglądała jak jakiś klown.
- Jezu Ch..! – szok prawie odebrał mu mowę – Chryste! – dokończył Jones, upuszczając na ziemię magnetowid Toshiby. Roztrzaskał się z głuchym łoskotem.
- Czy pan mnie słucha, panie Jones? – zapytała zjawa, głosem, który kojarzył mu się z czymś zimnym i dawno pogrzebanym.
- Słucha?! – praktycznie krzyknął Jones. Zdumienie ustąpiło miejsca dzikiemu gniewowi. – Facet, napędziłeś mi niezłego stracha! Cholera!
Zerknął na leżące na ziemi szczątki magnetowidu, z trudem nad sobą panował.
- Właśnie kosztowałeś mnie sto dolców, koleś... Mam nadzieję, że masz jakąś kasę...
- Olbrzym Shelby powiedział, że znasz T-Birda... – przerwał mu człowiek w czerni.
- No dalej, kasa, człowieku, kasa... Natychmiast. – zirytował się Jones. Z tylnej kieszeni wyjął nóż sprężynowy i otworzył go tuż przed nosem dziwnego przybysza.
Nieznajomy jakby tego nie zauważył. Tym swoim grobowym głosem zaczął spokojnie wymieniać nazwiska, które Jones doskonale znał.
- Tom Tom, Top Dollar, Funboy, Tin Tin...
- Wystarczy! Jesteś skończony! – krzyknął Jones i wbił swój nóż prosto w klatkę piersiową stojącego przed nim człowieka.
Zwykle w takich sytuacjach ludzie z wrzaskiem padają na ziemię, żeby tam spokojnie się wykrwawić, lecz ten dziwaczny gość po prostu stał i przyglądał się wystającemu z jego piersi nożowi.
- Człowieku, musisz być nieźle nagrzany, jak tego nie czujesz... – nie krył zdumienia się Jones.
- Ból? – odrzekł nieznajomy jednocześnie wyszarpując nóż. – Znam ból na molekularnum poziomie... wyrywa moje atomy... śpiewa do mnie swoim alfabetem strachu... – coś było zdecydowanie nie tak, z jego lewym okiem. – Gotuję się od wewnątrz, aby połamać kości twoim grzechom, marionetko.
Oblizał ostrze i wręczył nóż spowrotem w drżące dłonie Jonesa.
- Spróbujesz jeszcze raz? – zapytał.
- Ja... chyba sobie odpuszczę... – Jones był przerażony jak nigdy. Trząsł się jak galareta, a pot lał się z niego strumieniami.
- T-Bird i reszta... Gdzie oni są? – zapytał nieznajomy – Olbrzym Shelby nie wiedział... mówił, że ty wiesz.
- Shelby by mnie nie wykapował. – stwierdził niepewnie Jones.
- Ależ tak... – powiedział nieznajomy. Sięgnął do kieszeni swojego płaszcza i wyjął stamtąd niewielkie obcęgi. – Kosztowało go to trzy palce, ale powiedział...
- Łżesz... – ledwo wydukał z siebie Jones. Sam nie wierzył w to co mówi.
- Przyniósłbym te palce jako dowód, ale musiał także je zjeść. – powiedział nieznajomy jakby od niechcenia.
- Człowieku, T-Bird mnie na pewno zabije, jeśli się wygadam... – wyjąkał Jones, już prawie klęcząc.
Nieznajomy uniósł obcęgi i paskudnie się uśmiechnął.
- Dłonie, czy stopy? – zapytał.
Tego było już za wiele dla Jonesa, słowa popłynęły z jego ust jak rzeka.
- Ok, ok, ok! Nie widziałem T-Birda, ani Tin Tina od tygodni, ale Tom Tom mieszka na skrzyżowaniu Gratoit i Dziesiątej. Top ma melinę w hotelu Reno, na Schaefer, Funboy wyjechał gdzieś za miasto, nie wróci chyba do dwudziestego siódmego... Zabijesz mnie teraz? – zapytał prawie już bliski obłędu.
- Panie Jones, ja już zaliczam pana do grona zmarłych. – odrzekł nieznajomy, po czym uniósł głowę i zapatrzył się w płynące z sodowej lampy światło.
- Niech pan patrzy! Mamy pełnię...
- To jest latarnia ty cholerna zjawo... – stwierdził Jones. Nie mógł uwierzyć, że jednak wciąż żyje.
- Tamtej nocy też była pełnia... – mówił dalej nieznajomy, nie zwracając uwagi na Jonesa.
- Jesteś świr... – powiedział Jones, zastanawiając się czy jemu samemu nie zaczyna czasem odbijać.
Nieznajomy pochylił się i chwycił Jonesa za głowę.
- Niech pan im powie, że nadchodzę, panie Jones – wyszeptał mu prosto w twarz.

Jones siedział oparty o uliczną latarnię, obejmując własną, ciężką głowę. Nieznajomy wolnym krokiem zaczął się oddalać. Lecz po chwili przystanął i nie odwracając się powiedział.
- Panie Jones?
- T..Tak, proszę pana..? – odrzekł Jones. Miał wrażenie, że zaraz się porzyga.
- Czy w oczach lamparta również są cętki? – zapytał nieznajomy i nie spiesząc się, odszedł.
Kiedy zniknął w cieniu, z którego wyszedł, Jones powoli wypuścił powietrze i oparł głowę o słup latarni. Nagle chwycił się za brzuch i zwymiotował prosto na resztki swojej roztrzaskanej Toshiby.


interludium

POSTRZAŁ W GŁOWĘ


Pociąg pędził po szynach, zmierzając do swego niewiadomego celu. Eric siedział w pierwszej klasie, rozparty wygodnie na siedzeniu. Był sam, w całym przedziale, być może nawet w całym pociągu, nie było żywej duszy. Siedział i patrzył przez okno, za którym dostrzegł wspaniałego rumaka, białej maści, który najwyraźniej ścigał się z pociągiem. Był piękny, galopował z gracją i wyglądało to tak, jakby prawie nie dotykał kopytami ziemi. Po chwili zrównał się z oknem, przez które patrzył Eric. Ich oczy spotkały się i przez chwilę było między nimi jakieś nieme porozumienie. Rumak nie odrywał wzroku od twarzy Erica, nie mógł dostrzec drutu kolczastego, który nagle wyrósł przed nim, niczym jakiś zdeformowany żywopłot. Eric chciał krzyknąć, ostrzec swojego nowego towarzysza, ale nie był w stanie wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Koń zaplątał się w ogrodzenie, drut kolczasty wpił się w jego ciało, trysnęła krew. Eric patrzył z coraz większym przerażeniem, na bezradną szamotaninę zwierzęcia, która powodowała, że plątało się jeszcze bardziej. Ból jaki zobaczył w oczach cierpiącego rumaka, sprawił, że zapłakał.
W końcu Eric stracił z oczu tą okropną scenę. Zniknęła, jakby jej nigdy nie było. Pociąg pędził dalej. Eric siedział ze zwieszoną głową, kiedy nagle usłyszał głos, choć bardziej przypominało to skrzek.
- Nie trzeba było patrzeć, chłopcze...
Eric odwrócił głowę i zobaczył siedzące na oparciu, wielkie czarne ptaszysko. Wyglądało jak kruk, albo wrona. Nagle, z tyłu wagonu wychynęła jakaś postać . Miała na sobie gustowny mundur, napis „Konduktor” pysznił się na jej ramieniu i kapeluszu. Jedna rzecz tylko się nie zgadzała. Pod rondem kapelusza, szczerzyła się goła czaszka.
- Bileciki proszę. – żuchwa poruszyła się nieznacznie i ze środka wydobyło się trochę kurzu. Wyglądało to prawie jakby spomiędzy zębów dobywał się dym.
Eric patrzył w osłupieniu na groteskowego konduktora, kiedy znów odezwał się kruk.
- No więc? – zaskrzeczał zniecierpliwiony.



***

księga pierwsza

BÓL


***

1

BIAŁA GORĄCZKA

Tak spokojnie w mieście nocą, tik-tak, już dwunasta. Całe dobro usuwa się w cień, jak zbity pies, a cienie pełne mroku, wraz ze zmarłymi rozpoczynają swe nocne życie. Pokręcona poezja w połamanym języku. Krew i ciało, i gapiące się twarze. Tak szare i pełne desperacji, twarde jak stal, lecz wewnątrz upadłe.
Śmiech kruka rozlega się pod latarnią. Ponury uśmiech tego, który żył i umarł, a jednak wciąż żyje. Podąża do domu, gdzie może wtopić się w otaczające go cienie i pomalować twarz kolorami radości. Dzisiejszej nocy piekło wysłało anioła niosącego podarunki.
W mieście, w gettcie, w ślepym zaułku, w zapomnianym domu... Kształt, człowiek, spogląda przez okno na piętrze. Nieruchomy, nic nie widzący, chory i bez życia. Słucha dźwięków, głosów, które przeminęły przed rokiem, ale wciąż dźwięczą tak głośno...
Słyszy wystrzały. Płacząca dziewczyna. Łkająca i błagająca. Nie potrafił jej pomóc, lecz teraz nie może sobie przypomnieć dlaczego. Słyszy głosy mężczyzn, krzyki, tak złe i ponure. Słyszy ich imiona: Tin Tin, Funboy, T-Bird, Top Dollar i Tom Tom. Dźwięki topnieją w jego sercu jak lód i palą jego umysł rozżarzoną do białości gorączką.
Padający deszcz głośno uderza w okno, jego twarz powoli pogrąża się w cieniu.


Tin Tin, Gruby Eddie i Szczurek stali na ulicy, pod sklepem wielobranżowym. Pogrążeni w rozmowie.
- Hej, Tin Tin, jesteśmy tu jak żem powiedział! Poczekaj, jak zobaczysz co Szczurek ma! – powiedział Eddie podniesionym głosem. Eddie nigdy nie potrafił mówić cicho, wydawało mu się, że jeśli nie wykrzyczy tego co ma do powiedzenia, to nikt nie będzie w stanie go zrozumieć. Poprawił swoją narciarską czapkę i z uwielbieniem wpatrywał się w Tin Tina.
- Co tam masz Szczurek, więcej brudnych gnatów? – zapytał Tin Tin. Wiatr unosił w powietrzu końcówki zawiązanej na czole opaski. Uniósł rękę i lekko odchylił poły kurtki Szczurka.
- Trzydziestka ósemka. Nie namierzalna. Jeszcze gorąca, ze wschodniej dzielnicy. – powiedział Szczurek, wyjmując zza pazuchy rewolwer. Rozbieganym wzrokiem starał się objąć obu swoich rozmówców. Jeszcze trochę, a jego oczy rozejdą się w dwóch, przeciwnych kierunkach.
Szczurek nie był zbyt rozgarnięty, ale za to był niezawodny jeśli trzeba było szybko załatwić jakąś broń, lub towar. Handlował kradzionymi pukawkami, często zawodnymi i nie rzadko jeszcze lepiącymi się od zaschniętej krwi. Lecz jak dotąd, jeszcze żaden klient nie zgłaszał reklamacji. Szczurek zawsze miał to czego akurat potrzebujesz, a do tego, jego ceny nie były wygórowane.
- Ile? – zapytał Tin Tin.
- Sto dolców i już mnie nie ma, stary – odpowiedział Szczurek.
- Niezłe, co Tin? – zapytał wciąż uśmiechnięty Gruby Eddie.
Tin Tin zauważył staruszkę, która przystanęła po drugiej stronie ulicy i przyglądała się im bojaźliwie. Pewnie zastanawiała się, czy bezpiecznie będzie przejść obok trzech podejrzanie wyglądających typków. Tin Tin uśmiechnął się krzywo. W tym mieście, mało kto mógł czuć się bezpiecznie, szczególnie kiedy on był w pobliżu.
- Zobaczmy jak działa – powiedział, spoglądając na trzymany w ręku pistolet.
- Jasne, chodźmy do Cassa i...
Szczurek nie zdążył dokończyć, Tin Tin jednym szybkim ruchem wycelował i wypalił. Huk wystrzału rozniósł się po ulicy. Stojąca po drugiej stronie staruszka zatoczyła się i upadła. Z jej szyi trysnęła krew.
- Co ty wyprawiasz, człowieku?! – krzyknął zdumiony Eddie – O nie, stary, odwaliło ci!!
- Niech cię szlag! Ściągniesz na nas gliny! – Szczurek również krzyczał, był wkurzony – Przychodzę tu w dobrej wierze, a ty odstawiasz coś takiego! Jesteś głupcem! GŁUPCEM!
- Pamiętasz jak nafaszerowałeś mnie tym trefnym towarem? – zapytał Tin Tin. Jego głos ociekał nienawiścią. Wycelował broń prosto w twarz handlarza.
- Wypadasz Szczurek! – powiedział i nacisnął spust.
Echo kolejnego wystrzału zadźwięczało w uszach Eddiego.
- Jesteś świrem człowieku! Świrem!! – darł się tym swoim donośnym głosem. Na jego twarzy malowało się przerażenie.
Ciało Szczurka z łoskotem upadło na ziemię. W jego czole dało się zauważyć małą czarną dziurkę, z której, cienką strużką, unosił się błękitny dymek. Asfalt pod jego głową zaczął pokrywać się wypływającą w ekspresowym tempie krwią.
Gruby Eddie zaczął uciekać.
- Top mówił, że wałowałeś go, w jego własnej dzielnicy! – krzyknął za nim Tin Tin i wystrzelił po raz trzeci.
Eddie poczuł przeszywający ból w plecach. W momencie, gdy jego twarz uderzyła o chodnik, już nie żył.


Zaczęło padać, jak na jakiś sygnał. Ostatnia desperacka próba zmycia grzechu z tego miasta. Deszcz zaczął zmywać rozlaną krew. Wokół leżących na ulicy trzech ciał, zaczęły tworzyć się brudno czerwone kałuże.


Brat Grubego Eddiego przedawkował, kiedy Eddie miał dziesięć lat. Przysiągł sobie wtedy, że nigdy nie skończy w ten sposób. Lecz kiedy miasto pogrąża się w nocy, rzeczy bardzo, bardzo złe, wydają się tak bardzo właściwe...
(...)
Bea po prostu udawała, że żyje, licząc dni pomiędzy kolejnymi dawkami valium. Zostanie pochowana na miejskim cmentarzu, a jej nagradzany kot, Gabriel, zostanie wyrzucony na ulicę przez nieczułego dozorcę...
(...)
Kiedy Szczurek urodził się w gettcie, standardy mieszkaniowe spadały. Jeśli miasto byłoby ciałem, to Szczurek byłby rosnącym na nim czyrakiem...



Tin Tin zniknął w zaułku, jak kot uciekający przez tylne drzwi. Jego dusza była tak przepełniona złem, jakby wypłynęła wprost z obrazów Boscha. Była chłodna październikowa noc, chłodny wiatr owiewał jego odsłonięty tors, okryty zaledwie cienką, skórzaną kamizelką. Lecz Tin Tin nie czuł zimna. Był rozpalony od trawiącej go białej gorączki.
Na końcu zagraconej uliczki stała jakaś postać. Jakby na niego czekała. Deszcz strugami spływał z jej czarnego płaszcza i długich ciemnych włosów opadających na ramiona.
Postać uniosła głowę i spojrzała wprost na Tin Tina. Jej twarz była biała, pokryta dziwnym makijażem. Usta wykrzywiły się w permamentnym, namalowanym uśmiechu i spomiędzy warg dobył się głos. Głos, który sprawił, że Tin Tin poczuł jak ciarki pełzną wzdłuż jego kręgosłupa.
- Cześć Tin Tin. Pamiętasz mnie?


2

NADCHODZI NOWY ŚWIT

- Pamiętasz? – zapytał nieznajomy.
- Nie pamiętam – rzekł twardo Tin Tin – Na coś się tak wymalował?
- Na pogrzeb – spojrzenie nieznajomego było jakby nieobecne. Patrzył na Tin Tina, ale jednocześnie, jakby go w ogóle nie dostrzegał. Jego jedno oko było całkiem białe, ślepe. Pod okiem biegła paskudna blizna kończąca się na podstawie nosa.
- Twój własny! – krzyknął Tin Tin i dwa razy wypalił ze swojej trzydziestki ósemki.
Jedna kula trafiła w udo, druga rozorała prawą skroń i rykoszetem odbiła się od ceglanej ściany. Jednak nieznajomy chyba nie przejął się za bardzo tym faktem. Błyskawicznym ruchem wydobył z kieszeni własny rewolwer i przestrzelił Tin Tinowi przedramię.
Broń Tin Tina upadła na ziemię, a on sam zatoczył się i przysiadł pod pobliskim murkiem. Nieznajomy ponownie wycelował.
- Raduj się, w pełni chwały, która wkrótce czeka na ciebie!
- Kim jesteś? – zapytał, już nieco mniej pewny siebie Tin Tin, kurczowo trzymając się za krwawiącą rękę.
- I złóź hołd Panu, który wezwał cię do swego królewstwa!! – z pasją krzyczał nieznajomy nie zważając na słowa Tin Tina. Przykucnął i przyłożył pistolet do jego piersi.
- Człowieku, ja cię nawet nie znam! – Tin Tin był zdesperowany. Ten gość to z pewnością kompletny świr.
Nieznajomy wzdrygnął się i znów zapatrzył w przestrzeń, tym swoim niewidzącym wzrokiem. Wyglądał jakby z trudem usiłował sobie coś przypomnieć.
- Rok temu... – powiedział cicho, w skupieniu – Zimna październikowa noc... Zepsuty samochód na żwirowej drodze... Mężczyzna... Kobieta... Szaleństwo... Ból... I cienie... Mój boże. Te cienie! – jego wzrok zogniskował się znów na Tin Tinie, usta wykrzywiły się w niewysłowionym bólu.
Błyskawica przecięła zachmurzone nocne niebo. W krótkim rozbłysku światła Tin Tin wreszcie dokładnie zobaczył twarz nieznajomego. Przypomniał sobie wszystko. Był wtedy kompletnie naćpany. Razem z T-Birdem i resztą paczki natknęli się na jakąś parkę, której zepsuł się samochód. Chyba ich trochę poniosło... zostawili za sobą dwa zmasakrowane trupy. Ale przecież minął już prawie rok od tego zdarzenia!
- Ty...? – wydusił z siebie Tin Tin – T-Bird powiedział, że nie żyjesz!
- A żyję? – zapytał nieznajomy, jakby naprawdę zaciekawiony tym faktem.
(Łopot skrzydeł... Kruk wyskrzeczał „Nie patrz!! Nie patrz!!”.)
- T-Bird to zrobił! On miał spluwę! – Tin Tin bał się coraz bardziej. Jedyne widzące oko nieznajomego wpatrywało się w niego nienawistnie.

Błysk powracającego wspomnienia prawie oślepił Erica. To miał być salon. Nad telewizorem wisiały trzy teatralne maski. Świeżo pomalowane białe ściany raziły jego oczy, przywykłe do ciemności.
- To miejsce zaczyna naprawdę nabierać kształtu, prawda Eric? – rozległ się kobiecy głos.
- Jasne, jeszcze tylko czternaście warstw farby i zarząd mieszkaniowy może to zatwierdzi! – jego własny głos wydał mu się obcy i bardzo, bardzo odległy.


- A dziewczyna? – zapytał nagle nieznajomy, jakby wyrwany z jakiegoś snu.
- Stary, była już sztywna zanim się do niej dobrałem... – odpowiedział Tin Tin łamiącym się głosem.

(Kruk przysiadł na gałęzi. „Nie patrz!! Nie patrz!!”, powtarzał bez ustanku.)

- Ale śmieszne cwaniaczku. Wydaje mi się, że wygląda nieźle. – kobiecy głos był pełen radości.
Jedna z masek wpatrywała się pustymi oczodołami w Erica. Namalowany uśmiech zdawał się z niego kpić. To ironia – pomyślał – to maska ironii.
- Całkiem nieźle... – dodał głos należący do... (Shelly?)


Tym razem wspomnienia zdawały się być serią nieruchomych obrazków. Zdjęć pełnych szczęścia... i bólu. On i ona, stoją na plaży, wiatr rozwiewa im włosy. Spleceni śpią razem w łóżku, ona przytula głowę do jego piersi, ufnie, z miłością.

- Wszyscy byliśmy naćpani. To po prostu się stało... – próbował tłumaczyć się Tin Tin.
Nieznajomy przytknął lufę swojej czterdziestki piątki do mokrego od potu policzka Tin Tina.
- Twoja dusza gnije...
- Mam znajomości, mogę cię poskładać do kupy... – nie poddawał się Tin Tin.
- Ropieje... – ciągnął nieznajomy, nie zwracając uwagi na słowa Tin Tina.
- Mówię do ciebie! Nie możesz tak po prostu... – Tin Tin był już bliski histerii.
- Lecz nie obawiaj się... Mam na to lekarstwo! – dokończył nieznajomy i pociągnął za spust.
Pocisk kalibru .45 przedarł się przez czaszkę Tin Tina, jak gorący nóż przez masło. Resztki mózgu i krew rozprysnęły się na ceglanej ścianie. W jego oczach malowało się niebotyczne zdumienie.
Twarz nieznajomego cała pokryta była krwią jego ofiary. Płynące leniwie strużki malowały nowe, szalone wzory na jego namalowanej masce. Oblizał się, jakby chciał poczuć ten cierpki, żelazny smak pierwszej przelanej krwi.
- Niech Bóg okaże ci litość. Ja nie potrafię. – powiedział, pochylając się nad bezwładnym ciałem Tin Tina. Po czym wyprostował się i odszedł. Gdzieś tam, wciąż czekało na niego czterech ludzi, nie zdających sobie sprawy z tego, że właściwie są już martwi...


Eric siedział na podłodze, w swoim własnym domu. Teraz zupełnie opuszczonym. Deszcz bezlitośnie uderzał w szyby, wygrywając nieznany rytm.
Przed nim leżały rozłożone zdjęcia. Na wszystkich była Shelly. Jego Shelly. Była taka piękna...
Eric wpatrywał się w jej uśmiechniętą twarz, chciał zapłakać, ale jego oczy nie były w stanie wycisnąć już z siebie ani jednej łzy. Siedział skulony, jakby zagubiony, kołysząc się w przód i w tył.


Widzi ją między drzewami. Chce do niej podejść, lecz dostępu broni siatka z drutu kolczastego.
(Jest pewien człowiek...)
Bezradnie patrzy, potrząsając siatką. Próbuje ją zawołać, lecz z jego ust nie dobywa się żaden dźwięk.
(...grający na skrzypcach...)
Jego dłonie zaciskają się na wystających kolcach. Spomiędzy jego palców zaczyna płynąć krew.
(...a struny...)
Dziewczyna odwraca głowę w jego stronę. Lecz w miejscu twarzy widzi tylko śmierć. Upiorną czaszkę, okoloną gęstwiną jasnych włosów. Jej puste oczodoły zdają się pogrążać go coraz bardziej w otchłań, z której nie ma już wyjścia.
(...są nerwami jego własnej ręki.)
Skrzywdzona dusza jest zaprawą, a rozpacz – cegłami, potrzebnymi, by zbudować świątynię smutku.


Eric otwiera dłoń i podnosi leżącą na niej łuskę kalibru .45. Szybkimi ruchami przywiązuje ją do swoich włosów.
- Numer jeden – mówi cichym głosem.
Na zewnątrz deszcz nie przestaje padać. Spadające krople rysują podłużne wzory na oknie. W środku, z głową wspartą na dłoniach, Eric obserwuje, jak lecąca z nieba woda, podejmuje własną walkę, próbując zmyć wszechobecne zło, czające się w każdym zaułku tego parszywego miasta.


3

GRA CIENI

W zadymionym pokoiku hotelu Reno atmosfera była lekko napięta. Piątka ludzi siedziała przy zestawionych stolikach. Wszędzie walały się przepełnione popielniczki, na wpół puste butelki wódki i broń.
- Ktoś odstrzelił mu pieprzoną głowę, Top Dollar... – powiedział długowłosy brodacz. Skórzana kurtka dopełniała jego wizerunek harleyowca. Krzaczaste brwi poruszały się nerwowo. – Uważamy, że powinieneś coś z tym zrobić...
- Rozkazujesz mi, Sanchez? – odwarknął Top Dollar. Zajmował się właśnie rozdzielaniem towaru. Na stoliku przed nim leżała tacka, z rozsypanym na niej białym proszkiem. Odgarnął długie, jasne włosy opadające mu na czoło i obdarował Sancheza wyjątkowo paskudnym spojrzeniem. Paczuszka, którą właśnie zważył, na małej kieszonkowej wadze, wylądowała obok kilku innych podobnych pakunków.
- Nie, Top, on tylko mówi, że to bardzo niedobrze wygląda... – odezwał się człowiek w garniturze, siedzący naprzeciwko Sancheza. Nosił ciemne okulary, mimo, że jedynym źródłem światła, była niewielka obskurna lampa wisząca z sufitu.
- Wygląda, jakbyś stracił kontrolę – dodał Sanchez.
Top Dollar przeszył go wzrokiem i wypuścił dym nosem.
- Myślisz, że obchodzi mnie, jeśli ty, lub jeden z twoich gnojków, zostanie rozwalony? – zapytał i pstryknął niedopałkiem prosto w siedzącego po drugiej stronie czarnoskórego oprycha, który dotąd zajęty był puszczaniem kółek z dymu. Stojący obok niego człowiek lekko się roześmiał. Byli tak podobni do siebie, że możnaby uznać ich za braci.
- Hej... – zaczął Sanchez.
- Zamknij się!! – krzyknął Top Dollar – To moja ekipa. Mój towar. I moja dzielnica. Moje słowo jest prawem!
Chwycił leżący obok rewolwer i zaczął nim wymachiwać tuż przed nosem Sancheza.
- Jak chcesz, to możesz to przedyskutować z podłogą – dodał.
Nagle, człowiek w garniturze poderwał się i wskazując na okno, krzyknął:
- Hej! Coś się tam rusza!

Eric przycupnął na gzymsie, tuż obok okna. Przysłuchiwał się przebiegającej wewnątrz rozmowie i od niechcenia bawił się trzymanym w dłoni rewolwerem. Pod jego zwisającymi luźno nogami, pobłyskiwał neon, informujący o wolnych pokojach. Eric doszedł do wniosku, że usłyszał już wystarczająco wiele i czas wkroczyć do akcji, kiedy usłyszał krzyk i zgrzyt pospiesznie odsuwanych krzeseł. Zobaczyli go.
Z okna wychylił się Sanchez i spojrzał wprost w skierowaną w jego stronę lufę.
- Coś ty za jeden?! – zapytał zdumiony.
- Święty Mikołaj... – odparł Eric i rozwalił mu głowę. Szybko wepchnął ciało spowrotem do pokoju i z impetem wparował do środka.
- ...Wszyscy byliście bardzo niegrzeczni w tym roku – oznajmił zgromadzonym wewnątrz bandytom.
Byli tak zdumieni, że zanim ktokolwiek zdał sobie sprawę, co się dzieje, Eric wylądował na stoliku i wystrzelił prosto w pierś człowieka w garniturze. Na białej koszuli wykwitła wielka, ciemnoczerwona plama.
- Krew... Przecież mam kamizelkę... Tyle krwi... – wyjęczał bandyta, spoglądając z niedowierzaniem na dziurę w swojej klatce piersiowej.
- Biedna duszyczka. Nie powinieneś tak cierpieć... – powiedział Eric i wypalił po raz drugi. Tym razem dokładnie między oczy.
Ciemne okulary rozpadły się na dwoje, kiedy głowa człowieka w garniturze, wręcz eksplodowała, zachlapując wszystko krwią i resztkami tkanki.
Tymczasem, w pokoju panowała panika. Top Dollar zaczął zgarniać rozsypany na stole towar, a dwaj czarnoskórzy bracia gorączkowo próbowali wyrwać sobie broń.
- Gdzie moja spluwa?!
- Ta jest moja, stary!
- Bez jaj! Sanchez leży na twojej!
- To czterdziestka czwórka! Na pewno moja!
Eric spokojnym krokiem podszedł do nich i przykucnął na skraju stolika.
- A ty jak masz na imię, panie 44? – zapytał.
- Wołają na mnie Szalony Jack, zapamiętaj to tak! – wycedził jeden z braci celując w Erica. Drugi wycofał się w poszukiwaniu broni.
- O, poeta. Szalony Jack, zapamiętam to tak! – powiedział radośnie Eric i strzelił.
Szalony Jack oberwał w bark, potknął się o leżące pod jego nogami ciało i wylądował na podłodze.

Siedzący pod stołem Top Dollar, słyszał tylko brzęk tłuczonego szkła, huk wystrzałów i krzyki.
- Uważaj! Uważaj!!
- Dostałem!
Pot lał się z niego strumieniami. Trzęsącymi się dłońmi, wyciągnął zza paska pistolet. Wziął głęboki oddech i dzierżąc broń, wyskoczył spod stolika.
- Ty skurwy... – zaczął, kiedy nagle nadlatująca lampa uderzyła go prosto w twarz. Poleciał do tyłu i z impetem wpadł na krzesło.
Eric zaśmiał się głośno i skierował wzrok na przewróconą butelkę, z której alkohol, leniwym strumieniem wylewał się na leżący na ziemi rewolwer.
- Tonący ludzie... – powiedział cicho.
Drugi z braci skradał się pod stołem i próbował sięgnąć po broń, wokół której zrobiła się już całkiem pokaźna kałuża. Eric strzelił. Pocisk roztrzaskał leżącą butelkę, przebił się przez stolik i zagłębił się w karku lężącej pod nim postaci.
Zwisająca na zbyt długim sznurze lampa bujała się we wszystkie strony. Cienie szaleńczo tańczyły na ścianach. Za swoimi plecami, Eric usłyszał dźwięk odciąganego kurka. Odwrócił się.
- Szalony Jack! Ty też nosisz kamizelkę? Czy wśród was, oprychów, nie ma honoru?
- Załatwię cię, człowieku! – krzyknął Jack, plując krwią. Pociągnął za spust.
- Musiałbyś mnie najpierw trafić, Jack – powiedział Eric lekko się uchylając. Przelatująca kula śmignęła tuż koło jego ucha.
- Na dole owieczki, na górze skowronek, pędem do łóżka dzieci, nim zgaśnie dzionek – wyrecytował, wpatrując się w Jacka obłędnym wzrokiem.
- Kiedy przychodzi smutek, nie przybywa w pojedynkę, lecz z całym batalionem. Mam sprzymierzeńców w niebie, Jack. Mam towarzyszy w piekle... Pozdrów ich ode mnie! – wykrzyknął i strzelił.
Krew z rozwalonej głowy Szalonego Jacka ochlapała znajdujący się na ścianie kontakt. Coś cicho zasyczało, po czym nastała cisza.
Eric skierował wzrok na Top Dollara, który wciąż siedział na krześle, sparaliżowany strachem.
- No cóż, Top... Jesteś już ostatnim, który marnuje świeże powietrze – powiedział i zamyślił się.
- W koło, w koło Słońca krążymy. Księżyc krąży wokół Ziemi. Nie umieramy z powodu śmierci, lecz z powodu zawrotów głowy... – rzekł po chwili i zatrzymał wciąż bujającą się lampę.
Top Dollar nie mógł oderwać wzroku od wielkiego rewolweru, trzymanego przez Erica. Z lufy wciąż unosił się dym.


4

ZABÓJSTWO

- Pamiętasz? Popatrz uważniej, Top – powiedział Eric i skierował światło lampy prosto na swoją twarz.
Usiadł na stole i rękami objął kolana. Zapatrzył się w pustkę.
- Mężczyzna i kobieta...
Top Dollar uznał, że skoro wciąż żyje, to być może jest to jego jedyna szansa, aby tak pozostało.
- Słuchaj koleś, nie wiem o co tu chodzi... – powiedział – Ale jeśli zrobiłem ci coś złego, mogę to wynagrodzić.
Pot strumieniami spływał z jego czoła.
- W tamtej szafce jest pięć kawałków. Weź je sobie i zapomnijmy o wszystkim... – wyrzucił z siebie. Eric podążył wzrokiem za jego palcem.
- Człowieku, weź też to. Zostało prawie pół kilo... – powiedział Top i wskazał na leżący przed nim towar. – Warte co najmniej dziesięć tysiaków...
Eric wział garść leżącej luzem kokainy. Biały proszek zaczął przesypywać się pomiędzy palcami.
- Chcesz wymienić swoje życie, na chemikalia? – zapytał.
- Jesteś idiotą!! – krzyknął Top Dollar.
Eric strzepnął resztki proszku z dłoni i dalej kontynuował swoją litanię wspomnień:
- Plymouth, rocznik ’71...
- Oferuje ci piętnaście kawałków, a ty zachowujesz się jakby to było niczym – przerwał mu Top Dollar. Po prostu nie mieściło mu się to w głowie.
- Dziewczyna... Miała na imię Shelly... – ciągnął niewzruszenie Eric – Zaczynało padać...
- Ty nawet nie słuchasz! – wrzasnął Top Dollar – Jesteś pieprzonym świrem!! Chcesz mnie zastrzelić? No dalej! Strzelaj!! Ty bezwartościowy śmieciu...
- Pamiętasz? – powiedział Eric stanowczym tonem.
- Taa, pamiętam samochód i tą panienkę. I co z tego?!
- To z tego – odparł Eric i wystrzelił.
Top Dollar zachwiał się na krześle. Głowę odrzuciło mu do tyłu, a kiedy się wyprostował, w miejscu, w którym było jego lewe oko, ziała upiorna, dymiąca dziura. Krew lała się z niej obfitym strumieniem.
Mimo tego, Top Dollar ciągle żył.
- Idź do diabła... – wycharczał.
- Czekałem na przewodnika, aby wziął mnie za rękę. – powiedział cicho Eric. Odciągnął kurek i strzelił ponownie.
Tym razem, odrzut przewrócił krzesło razem z siedzącym na nim człowiekiem. Krew nakreśliła chaotyczny wzór na ścianie. Noga poruszyła się w ostatnich przedśmiertnych drgawkach. Znad ciała unosił się dym. Top Dollar był martwy.

Dwóch policjantów stało na korytarzu i przesłuchiwało kobietę mieszkającą dwa pokoje od miejsca zbrodni. Ktoś dokonał tu strasznej jatki, a jedyne poszlaki jakie mieli, to zeznanie sąsiadki... Kobieta stała w otwartych drzwiach, była nieco przy kości, wyglądała jak jakaś gospodyni domowa, na włosach ciągle miała papiloty. Bez przerwy gadała:
- No więc, słyszałam te wielkie buciory. Klank, klank, klank na korytarzu. Więc wyjrzałam, myśląc, że to znów te cholerne bandziory. No i widzę tego dwumetrowego wampira, jak Drakula, czy coś. Po prostu sunął przez korytarz. Ubrany na czarno od stóp do głów, a skóra biała, jak popiół. Włosy rozczochrane, jak stóg siana.
Jeden z policjantów zapisywał wszystko w notesie. Z widocznym wysiłkiem starał się nadążyć za potokiem słów. Drugi, lekko zniecierpliwiony, wpatrywał się wgłąb korytarza, na drzwi oklejone żółtą policyjną taśmą. Kobieta nawijała dalej, jak karabin maszynowy:
- Najzabawniejsze z tego wszystkiego było to, że koty z całego budynku szły za nim, jakby to był jakiś duch, czy coś w tym stylu. Wtedy on odwrócił się, uśmiechnął do mnie i powiedział coś takiego bardzo uprzejmego, coś jak...

- Dobry wieczór pani – powiedział Eric. Uśmiechnął się i spokojnym krokiem zszedł po schodach. Jego ciężkie buty wybijały rytm na stopniach. Koty podążały jego śladem.

***


interludium

GDZIE KŁY SZALEŃSTWA SKACZĄ. SKACZĄ, TAŃCZĄ I ŚPIEWAJĄ...

W mieście, gdzie anioły obawiają się unosić na swych skrzydłach, a demony nucą swą pieśń w miłosnym uniesieniu, noc rozpuszcza swe czarne, narkotyczne włosy, przy świetle żółtego, opiumowego księżyca. To tutaj, cień cienia, ziemski duch drży. Nie od październikowego chłodu, lecz w erotycznej ekstazie. Przemawia do swej martwej kochanki: „Nie powinniśmy tu nigdy przychodzić, mając skórę tak miękką, tak nierozsądne serca. Lecz jak tygrysy w wysokiej trawie, jak Chrystus niosący krzyż, wyssaliśmy nasz strach i przybyliśmy tutaj.”
Teraz całe okrucieństwo jest odtwarzane w kółko, bez przerwy. „Przybyliśmy tu, lecz nie powinniśmy zostawać. Mając własny punkt bezwładności, swój promień i głębokość, wsiedliśmy w ostatni pociąg, który nadał nam przyspieszenie i przemknęliśmy obok własnej śmierci.”
Tak więc, kruk kołuje spiralnie w dół, poprzez upadły sen, a jedyny dźwięk jaki wydaje, brzmi jak wklęsły krzyk.



W opuszczonym domu, na środku wielkiego salonu, przed wygasłym dawno temu kominkiem, na rozpostartym na podłodze śnieżnobiałym obrusie, siedział Eric. Na jego skrzyżowanych nogach spoczywała wielka paczka, obwiązana czerwoną kokardą. Przed nim, na obrusie leżał bukiet czerwonych róż, w kubełku z lodem chłodził się szampan. Stojący na środku świecznik, stanowił jedyne oświetlenie.
- Mam dla ciebie prezent, Shelly – powiedział Eric, kierując swe słowa w pustkę po drugiej stronie obrusu.
Z wnętrza pudełka dobiegało stłumione miauczenie. Kiedy Eric je otworzył, ze środka wyszedł pomiaukując, zdziwiony biały kot.
- Nazywa się Gabriel. Zawsze mówiłaś, że chcesz mieć kota – mówił dalej Eric. – Wszystkiego najlepszego, Shelly...
Z jego oczy pociekły łzy. Kot usadowił się na jego nogach, z jego wnętrza dobiegało ciche, zadowolone mruczenie, kiedy Eric zaczął drapać go po grzbiecie.
Podmuch chłodnego wiatru w końcu zgasił chybotliwe płomienie świec. W salonie zapanował półmrok. Eric pogrążył się we wspomnieniach.

- Więc Eric, teraz kiedy ten stary dom prawie nadaje się do zamieszkania, czy wreszcie zrobisz ze mnie uczciwą kobietę? – zapytała Shelly za wszelką cenę starając się zachować powagę.
Zajmowali się właśnie malowaniem ścian w salonie. Świeżo pomalowane, białe ściany zdawały się rozświetlać cały dom.
- Kochanie, przegapiłaś jedno miejsce... – powiedział wykrętnie Eric.
- Nie zmieniaj tematu, cwaniaczku – odparła Shelly pociągając świeżą warstwę farby malutkim pędzlem, podczas gdy Eric, stojąc na niewielkiej drabince, pokrywał ścianę bielą, za pomocą wielkiego wałka.
- Małżeństwo, małżeństwo. To jedyne co słyszę – zrzędził Eric, cały czas się uśmiechając.
Zaczął schodzić z drabinki i niby przypadkiem musnął ramię Shelly, umazanym w farbie wałkiem.
- Hej! Uważaj! – krzyknęła Shelly lekko się uchylając.
- Bo co mi zrobisz? – zapytał wesoło Eric.
- Bo cię zrzucę! – odpowiedziała i wystawiła język. Szybkim ruchem maznęła pędzlem po brodzie Erica.
- Czy to przeciągnie mnie znowu na twoją stronę? – zapytał, wyciągając z tylnej kieszeni mały, okrągły przedmiot. Popołudniowe słońce odbijało się na jego złotej powierzchni.
Oczy Shelly rozszerzyły się jak spodki.
- Eric! Masz dla mnie pierścionek! – stwierdziła zdumiona.
Rzuciła mu się na szyję, przewracając zarówno ich oboje, jak i niewielką drabinkę i kubeł białej farby.
- Bierzemy ślub! Bierzemy ślub! – podśpiewywała. Szczęście wprost promieniowało z jej uśmiechnętej twarzy.
- O ile to przeżyję... – powiedział cicho Eric, masując guza na głowie.


Błyskawica rozświetliła wnętrze pustego salonu, na chwilę wydobywając z ciemności sylwetkę skulonego człowieka. Mięśnie jego ramion poruszały się spazmatycznie. Dało się słyszeć cichy szloch, pełen rozpaczy.
Po chwili wszystko na powrót pogrążyło się w ciemności.

Eric miał sen. W tym śnie Shelly wciąż żyła, a on klęcząc, obejmował ją z całych sił. Z jego oczu płynęły łzy, lecz były to łzy szczęścia. Całe zło, które się wydarzyło musiało być tylko potwornym koszmarem, z którego wreszcie się wyrwał...
- Eric... Hej, Eric! – usłyszał znajome skrzeczenie. Odwrócił się i zobaczył kruka, siedzącego na poręczy łóżka.
- Nie chcesz tego znów oglądać, chłopcze. Chodźmy... – krakał dalej ptak, lecz Eric go nie słuchał.
Jak w transie, wpatrzył się w bezdenne oczy Shelly. Promienny uśmiech rozświetlił jej twarz. Eric również się uśmiechnął, po czym wtulił głowę w ciepłe, bezpieczne ramiona.
Nie zauważył lufy rewolweru, która wysunęła się z mroku. Cicho szczęknął odciągany kurek.
- Idiota – rzucił kruk i rewolwer wypalił z ogłuszającym hukiem.
Krew zbryzgała Ericowi całą twarz. W głowie Shelly ziała przerażająca, dymiąca dziura. Ciało w jego ramionach opadło bezwładnie.
- Nigdy nie słuchasz – skrzeczało dalej upiorne ptaszysko.
Eric uniósł zszokowaną twarz. Jego wzrok powędrował na dymiący wciąż rewolwer i podążył dalej, za dłonią ściskającą drewnianą kolbę.
Zobaczył gustowny czarny garnitur. Czerwona chustka pyszniła się w butonierce, doskonale pasując do zawiązanej pod szyją, czerwonej muchy. Na lekko pochylonej głowie, zatknięty był kapelusz o szerokim rondzie, który doskonale skrywał twarz. Kiedy nieznajomy podniósł głowę, Eric z głośnym świstem wciągnął powietrze. Wpatrywała się w niego wyszczerzona czaszka. Ziejące czernią oczodoły wyrażały całkowitą pustkę.
- Niezły ciuch, co dzieciaku? – zapytał ironicznie kruk.



© Mike Draven

» powrót do Opowiadań


TheCrow.pl ver 7.0        © 2001-2009        by Mike Draven

The Crow is a copyrighted trademark of James O'Barr, Kitchen Sink Press Comics,
Miramax Films, Edward R. Pressman Film Corporation and Jeff Most Productions